Przejdź do treści

Komisarz UE Kubilius wzywa do utworzenia 100-tysięcznych europejskich sił zbrojnych.

Mężczyzna przesuwa pionki na mapie Europy na stole w biurze.

Pomysł jest prosty do sformułowania, a trudny do zrealizowania: stałe europejskie siły w liczbie 100 000 żołnierzy, zaprojektowane tak, by odpowiadały obecnej skali amerykańskiej obecności lądowej na kontynencie i mogły zareagować, jeśli Waszyngton przeniesie swoją uwagę na Azję.

Presja ze strony Rosji i wątpliwości wobec Ameryki

Propozycja pojawia się w momencie, gdy kilka trendów zbiega się w niepokojący sposób. Rosja nadal mobilizuje ludzi i przemysł do długotrwałej konfrontacji. Wojna w Ukrainie ciągnie się bez jasnego końca. W Waszyngtonie zarówno Demokraci, jak i Republikanie coraz otwarciej mówią o przesuwaniu zasobów w stronę Indo-Pacyfiku i Chin.

Na tym tle europejski komisarz ds. obrony Andrius Kubilius wybrał doroczną konferencję bezpieczeństwa w Sälen w Szwecji, by wypromować odważną, nośną liczbę: 100 000 europejskich żołnierzy, dostępnych jako stałe siły o wysokiej gotowości.

Jego propozycja łączy dwa lęki – presję Rosji i rozproszoną Amerykę – i odpowiada na nie liczbą na tyle dużą, by była politycznie czytelna, a jednocześnie na tyle małą, by brzmiała wykonalnie.

Logika jest celowo prosta. Około 100 000 żołnierzy USA stacjonuje dziś w Europie. Jeśli ten kręgosłup zostałby w przyszłym kryzysie osłabiony, argumentuje Kubilius, Unia Europejska powinna być w stanie wystawić równoważne siły pod wspólnym szyldem i w krótkim czasie.

Propozycja polityczna napotykająca bariery prawne i wojskowe

Gdy tylko skończył mówić w Sälen, tarcia były oczywiste. Komisja Europejska nie dowodzi żadną armią. Obrona pozostaje jedną z najbardziej zazdrośnie strzeżonych kompetencji suwerennych państw członkowskich. NATO nadal stanowi fundament europejskiej architektury bezpieczeństwa, a jego siła w dużej mierze opiera się na amerykańskiej logistyce, rozpoznaniu i parasolu nuklearnym.

UE może finansować uzbrojenie, koordynować plany i kształtować przemysł, ale obecnie nie może wysłać 100 000 żołnierzy do walki w oparciu o jeden, prawnie spójny łańcuch dowodzenia.

Ta luka między ambicją polityczną a realiami prawnymi leży w centrum debaty, która rozlewa się po europejskich stolicach. Dyplomaci po cichu zauważają, że nawet ujęcie idei jako „sił UE” zapala czerwone lampki w rządach obawiających się osłabienia NATO lub oddania kontroli nad tym, kiedy ich żołnierze walczą i giną.

Czego Kubilius naprawdę chce

Według osób zaznajomionych z dyskusją, Kubiliusa mniej interesuje armia z naszywką „UE”, a bardziej trzy konkretne zmiany:

  • pula co najmniej 100 000 europejskich żołnierzy utrzymywanych w wysokiej gotowości
  • wspólne standardy wyposażenia i logistyki, aby mogli działać razem
  • jasne mechanizmy polityczne do szybkiego podejmowania decyzji w kryzysie

Łączy tę propozycję z istniejącymi inicjatywami, takimi jak „Readiness 2030” - działaniem wewnątrz struktur UE, które ma przenieść ciężar z deklaracji na realne, użyteczne siły - oraz z nowymi narzędziami finansowymi mającymi wzmocnić europejski przemysł obronny.

Dlaczego 100 000 żołnierzy może nie wystarczyć

Dla planistów wojskowych ta liczba ma charakter symboliczny, niemal marketingowy. Siły liczące 100 000 brzmią imponująco dla cywilów. Na mapie rozciągającej się od Arktyki po Morze Czarne - już znacznie mniej.

Rosja zmobilizowała od 2022 roku kilkaset tysięcy nowych żołnierzy i odbudowuje zapasy pocisków artyleryjskich, rakiet oraz pojazdów opancerzonych. Duży konflikt lądowy na wschodniej flance NATO prawdopodobnie obejmowałby po kilkaset tysięcy żołnierzy po każdej stronie, a także głębokie rezerwy i ogromne zużycie amunicji.

Krytycy nazywają 100 000 „liczbą polityczną”: wystarczająco dużą na nagłówki, zbyt małą, by przesądzić o wyniku wojny na pełną skalę.

Z ich perspektywy prawdziwym wyzwaniem nie jest wyłącznie rozmiar pojedynczych europejskich sił szybkiego reagowania. Chodzi o całkowitą masę, którą Europa może utrzymać przez miesiące: czołgi, systemy obrony powietrznej, paliwo, części zamienne, zaplecze medyczne oraz bazę przemysłową zdolną do odtwarzania strat.

Gdzie UE mieści się wobec NATO

Każdy plan sił na poziomie UE zderza się z prostym faktem: NATO już istnieje, a niemal wszystkie państwa UE do niego należą. Stany Zjednoczone zapewniają nie tylko żołnierzy i samoloty, lecz także satelitarny obraz sytuacji, transport strategiczny, zdolności cybernetyczne i odstraszanie nuklearne.

Urzędnicy europejscy podkreślają, że Kubilius nie argumentuje przeciw NATO. Zamiast tego - jak mówią - próbuje odpowiedzieć na scenariusz, którego wielu po cichu się obawia: przyszła administracja USA ogranicza zaangażowanie w obronę Europy albo żąda znacznie większego „podziału obciążeń” w bardzo krótkim czasie.

Struktura Główna rola w Europie Obecne ograniczenie
Unia Europejska Finansowanie, koordynacja, polityka przemysłowa Brak bezpośredniego dowództwa nad armiami narodowymi
NATO Obrona zbiorowa, planowanie operacyjne Silna zależność od zasobów USA
Państwa członkowskie Dostarczają wojska i sprzęt Rozdrobnione standardy, powolne wspólne decyzje

Wiarygodne europejskie siły 100 000 najpewniej funkcjonowałyby w ramach planów NATO, a nie obok nich. Oznacza to „podwójne kapelusze” dla dowódców, wspólne sztaby i stałe ćwiczenia. Rodzi to też niezręczne pytania: kto dowodzi w kryzysie - Bruksela czy wojskowe kierownictwo NATO w Mons?

Podążaj za pieniędzmi: przemysł, zapasy i rekrutacja

Za instytucjonalnym przeciąganiem liny kryje się bardzo praktyczny problem: europejskie armie kurczyły się przez dekady. Wiele państw obniżało budżety obronne po zimnej wojnie. Magazyny amunicji opustoszały. Linie produkcyjne czołgów i artylerii spowolniły albo zostały zamknięte.

Zbudowanie i utrzymanie 100 000 sił o wysokiej gotowości wymaga głębokiej zmiany priorytetów. Rządy musiałyby zagwarantować wieloletnie zamówienia u europejskich producentów, wyszkolić więcej żołnierzy i płacić za utrzymywanie ich w gotowości, a nie tylko za udział w rutynowych misjach.

Siły reagowania to nie tylko mundury i flagi; to zobowiązanie do długoterminowych wydatków na ludzi, dni szkoleniowe i fabryki.

UE zaczęła eksperymentować ze wspólnymi zakupami amunicji dla Ukrainy oraz z funduszami wspierającymi technologie obronne. Te instrumenty można by skalować, by podeprzeć wspólne europejskie siły, ale oznaczałoby to akceptację większego centralnego nadzoru nad tym, jak wydawane są krajowe pieniądze.

Czerwone linie polityczne i obawy wewnętrzne

W stolicach takich jak Warszawa, Berlin, Paryż i Rzym rządy kalkulują koszty polityczne poparcia takiego pomysłu. Niektórzy obawiają się, że opinia publiczna uzna europejskie siły 100 000 za zalążek federalnej „armii UE” - sformułowania, które wciąż wywołuje polityczny sprzeciw.

Inni boją się dublowania i chaosu: oddzielne struktury UE i NATO rywalizujące o te same wojska i ten sam sprzęt, przy jednocześnie napiętych budżetach. Nawet ci, którzy są życzliwi wobec Kubiliusa, pytają, jak zapadałyby decyzje. Czy wszystkie państwa członkowskie musiałyby się zgodzić, zanim siły zostaną wysłane? Czy pojedynczy parlament narodowy mógłby zablokować działanie?

Te pytania mają znaczenie, bo szybkość jest sednem sprawy. Jeśli kryzys wybuchnie w regionie bałtyckim, na decyzję i przerzut będą dni, nie miesiące.

Jak w praktyce mogłyby wyglądać europejskie siły 100 000

Planiści obronni, którzy traktują ten pomysł poważnie, szkicują kilka możliwych konfiguracji. Jeden z częstszych scenariuszy zakłada, że siły byłyby zorganizowane jako kilka wielonarodowych dywizji, z których każda łączyłaby brygady z różnych państw członkowskich, ale szkolone i wyposażone według tego samego standardu.

Wyobrażają sobie mieszankę zdolności:

  • brygady pancerne zdolne do walki o wysokiej intensywności na wschodniej flance
  • lekka piechota i jednostki powietrznodesantowe zdolne szybko przerzucać się w zagrożone rejony
  • obrona powietrzna, inżynieria, logistyka i wsparcie medyczne zintegrowane od początku
  • elementy cyber i kosmiczne wpięte w sieci UE i NATO

Te siły rotacyjnie uczestniczyłyby w regularnych ćwiczeniach w Europie Wschodniej i Skandynawii. Sprzęt wcześniej rozmieszczony - czołgi, artyleria, paliwo - znajdowałby się w składach blisko potencjalnych punktów zapalnych, tak aby żołnierze mogli przylecieć i w ciągu kilku dni osiągnąć gotowość bojową.

W kryzysie, w którym Waszyngton postanowi skupić się na Pacyfiku, te 100 000 Europejczyków stanowiłoby natychmiastowy trzon obrony. Siły USA mogłyby wciąż przybyć później, ale pierwsza reakcja nie opierałaby się już niemal wyłącznie na jednostkach amerykańskich.

Kluczowe pojęcia: gotowość, interoperacyjność, odstraszanie

Za całą dyskusją stoją trzy techniczne pojęcia, które często są używane bez wyjaśnienia.

Gotowość dotyczy tego, jak szybko jednostka może się przemieścić i walczyć. Batalion, który przed wysłaniem potrzebuje sześciu miesięcy szkolenia i przeglądów, jest mniej użyteczny niż mniejszy, który może być w drodze w 48 godzin.

Interoperacyjność oznacza zdolność sił narodowych do współdziałania. To znaczy: radiostacje, które się słyszą, kompatybilna amunicja, wspólne procedury medyczne i oficerowie szkoleni według tych samych metod planowania.

Odstraszanie to cel polityczny. Jeśli potencjalny agresor wierzy, że zjednoczone, zdolne siły zareagują szybko, rzadziej zdecyduje się rozpocząć wojnę.

Ryzyka, kompromisy i potencjalne korzyści

Dążenie do europejskich sił 100 000 wiąże się z ryzykiem. Pieniądze wydane na wspólne struktury mogą ścisnąć krajowe plany modernizacji. Rządy mogą przez lata spierać się o to, który kraj będzie gospodarzem sztabu albo dostarczy kluczowe jednostki. Źle zaprojektowany schemat mógłby stworzyć nową biurokrację bez realnego zwiększenia siły bojowej.

Jednocześnie widać wyraźne potencjalne zyski. Wspólne siły wymuszałyby standaryzację, co z czasem obniża koszty. Wspólne planowanie mogłoby ograniczyć dublowanie małych, niekompatybilnych projektów narodowych. A widoczna, gotowa formacja mogłaby wysłać Moskwie sygnał, że Europa nie jest już wyłącznie młodszym partnerem czekającym na amerykańskie posiłki.

Prawdziwy test będzie mniej dotyczył dokładnej liczby żołnierzy, a bardziej tego, czy Europa jest gotowa zmienić sposób, w jaki wydaje pieniądze, organizuje się i podejmuje decyzje w sprawach obrony.

Dla obywateli próbujących zrozumieć tę debatę, propozycję Kubiliusa warto traktować jak test obciążeniowy. Pyta ona, czy struktury polityczne UE, przemysły obronne i rządy narodowe są gotowe działać tak, jakby Stany Zjednoczone nie zawsze miały płacić rachunek - albo wysyłać pierwszych żołnierzy - gdy Europa poczuje się zagrożona.

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zostaw komentarz